HISTORIA LUPILU
Wiosna
Mały bucik, na małą stópkę. Niby nic specjalnego. Bucik jak bucik, jak tysiące małych bucików na tysiące małych stópek. Ale ten, jakże niebanalny w stylu jedenasto-i-pół centymetrowy dżinsowy Lupilu, postanowił zagiąć na mnie parola!
Po raz pierwszy dał o sobie znać około trzy tygodnie temu, gdy nieśmiało wychynął z trawy przy bloku, by trafić w zasięg mojego wzroku. Myślę: "Och, jaki śliczny bucik leży samotnie. Pewnie
wypadł z wózeczka. Położę go w bardziej widocznym miejscu, to
i właściciel
łatwiej odnajdzie." Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Z niemałym
wahaniem nadziałam ów na metalowy pręt sterczący przy
krawężniku. Trudno, ma być widoczny, nie ma lepszej miejscówki.
Każdy
zauważy!
Kontenta z działania pomknęłam
z Orasem w wiosenną
dal.
I pomykaliśmy tak dzień za dniem, przez kolejny tydzień, a może dłużej, a Lupilu trwał uparcie w swoim nadzianiu i czekał, raz wygrzewając się
w słońcu,
to znów moknąc
w ulewnym deszczu. Widząc
beznadzieję
bucikowego położenia
zaczęłam
wyraźnie
słyszeć
głosy gadżeciarsko- altruistycznej strony mojej natury –
Weź,
przygarnij, nie zastanawiaj się, uratuj!
Pewnego dnia, po spacerze, oczom nie
wierzę
- nie ma go! Ale jak to? Hmmm... szczerze zatęskniłam. Pocieszałam się myślą, że
trafił w objęcia
ze stopą,
do której należy.
Wchodzę do klatki, wyciągam klucz, wkładam do zamka i zerkam
za okno wiatrołapu. Po co? Nie wiem. Za szybą nic, co mogłoby wzbudzać ciekawość. Ale! na parapecie stoi ON!!! Ten
sam, który wcześniej
leżon, nadzian i zostawion! Uśmiechnęłam się i ruszyłam schodami do mieszkania z
ulgą,
że
odtąd
bezpieczny od kaprysów pogody.
Leżał i zaglądał przez okno i podziwiał świat przez kolejnych kilka, a może więcej, dni. Aż nagle...
Sobota
Znikł był, rozpłynął się. Postanowił się wyprowadzić? Ot tak, bez pożegnania? Przecież zdążyliśmy się do siebie przyzwyczaić! Ja w przelocie, on w swoim nieruchomym trwaniu. Właściciel się odnalazł i porwał? Niemożliw! - jak mawiała królowa humoru. Niby kabaret, a smutno.
Wracamy ze spacerów zwykle prosto do domu, ale dziś obwąchiwaniom przy klatce nie ma końca. Ponaglam, wołam, błagam, bezskutecznie. Podchodzę więc, żeby zbadać z bliska psie zainteresowanie. Nic. "Oras, idziemy!" Nerwowo jeszcze raz omiatam wzrokiem krzaki i co widzę? Wepchnięty między gałęzie - ON!!! Ten sam, który wcześniej leżon, nadzian, zostawion i przeniesion!
Koniec wątpliwościom - MÓJ CI ON JEST! - prawie
krzyknęłam,
jak Danusia Jurandówna do Zbyszka
z Bogdańca.
Mój ci on, teraz oczyszczon, wypran i
suszon.
Tak, jak moje sumienie.
Dwa lata później
No, masz ci los!
Pamiętacie historię bucika? Lupilu niezmiennie mi towarzyszy, w lecie
wczasując
się
balkonie, a w zimie pilnując
zawartości
regału. Dlaczego po dwóch latach wracam do tej opowieści?
Ha, ponieważ od dziś już nie będzie sam! Jeszcze tego nie wie, ale
za godzin kilka, pod osłoną nocy zadynda wesoło wśród liści milinu w odpowiednim dla siebie
towarzystwie! Towarzystwie o nienagannym jeszcze kolorycie, jakże świeżym, czyściutkim, nie nadgryzionym zębem czasu, nie wysmaganym podmuchami wiatru z
lipnickiego kompostownika. O nocy szalona!
Pamiętając ciężar tamtego doświadczenia tym razem nie zawahałam się, nie zostawiłam na pastwę losu. Nie, nie zabrałam. Porwałam!
Uprowadziłam wręcz,
nerwowym ruchem wciskając
do zbyt płytkiej kieszeni, zanim ktokolwiek ośmieliłby się nas rozdzielić.
Bezpieczni. I przetarte od prania sumienie. Lepiej nie ryzykować.
Cztery buty później
Nie mam pojęcia, jak rozmnażają się
dziecięce
buty, ani też
jakim sposobem, zrządzeniem losu, czy szemranym układem,
awansowałam do rangi kolekcjonerki pojedynczych stópek, ale rodzina regularnie powiększa się o kolejne sztuki.
Pewnego dnia przygarnęły psa.


Komentarze
Prześlij komentarz
leave a comment / skomentuj